Uzdrawianie wiarą.Czy to naprawdę działa?

twojnajlepszyszpital.pl
twojnajlepszyszpital.pl

"Tym, co najbardziej odróżnia człowieka od zwierzęcia — stwierdził kiedyś sir William Osler (1849—1919), lekarz kanadyjski, profesor medycyny wykładający w Kanadzie, USA i Wielkiej Brytanii — jest potrzeba i pragnienie zażywania leków". To dowcipne stwierdzenie zawiera w sobie więcej prawdy, niż się Oslerowi wydawało.

TRANS

W stanie dzikim zwierzęta rzadko chorują, chyba że okoliczności pozbawią je podstawowego pożywienia. Gdy ich organizmy potrzebują jakiejś substancji — na przykład soli — to zwierzęta instynktownie szukają jej w środowisku. W procesie uzyskiwania świadomego umysłu człowiek stopniowo stracił ten instynkt, a jego miejsce zajęły przyzwyczajenia i pamięć, i to one — nie instynkt — mówiły mu, które jagody są jadalne, a które trujące, oraz co robić, gdy przydarzy się choroba czy zatrucie. Okazało się jednak, że na przyzwyczajeniu i pamięci nie zawsze można polegać. Na szczęście w każdym plemieniu był zwykle ktoś, kto umiał wyzbyć się świadomości i odwołać się bezpośrednio do swych zwierzęcych instynktów. Ta wiedza czy umiejętność dawała władzę; taki człowiek stawał się szamanem, znachorem, czarownikiem. Szaman był w gruncie rzeczy .jasnowidzem", który stawiał diagnozę, oraz wróżbitą, który przewidywał przebieg choroby i jej zakończenie. Innymi słowy, uważano go za człowieka działającego w dzisiejszych kategoriach JASNOWIDZENIA i PREKOGNICJI. Czasami wykorzystywał te zdolności w sposób naturalny, a czasami musiał wprowadzić się w TRANS, w którym "widział" lub "słyszał" odpowiedzi na swoje pytania. Starał się również wprowadzić w trans pacjentów, aby w ten sposób uwolnić również ich własne instynkty. Aby wyprowadzić pacjentów "poza nich samych", korzystał z muzyki, tańca lub narkotyków. Efekty były różne u różnych ludzi, ale zazwyczaj układało się to wszystko według tego samego wzoru: pacjenci wpadali w konwulsje (tracąc władzę nad członkami), ulegali dysocjacji (rozdzieleniu umysłu od ciała), mówili nie swoimi głosami (tracąc władzę nad własnym umysłem), a następnie wpadali w śpiączkę (coma), z której zarówno umysł, jak i ciało wychodziły zrelaksowane i odświeżone. Tak powstało uzdrawianie wiarą, sztuka różna od uzdrawiania naturalnego, które również było praktykowane (odpowiednie odżywianie, zioła lecznicze, nastawianie kości, drobne zabiegi chirurgiczne).

Pierwsza metoda polegała na oddziaływaniu poprzez umysł, druga — poprzez ciało. Ale z tych dwóch metod sztuką dominującą była sztuka szamana, zwłaszcza w tych przypadkach, w których szaman umiał spotęgować swoją władzę nad ludźmi — by zaszkodzić lub uzdrowić — wykorzystując ich podatność na sugestię, gdy znajdowali się w stanie transu. Z czasem, gdy okazało się, że szamanowi pomaga jakaś siła pozostająca poza nim (albo tak mu się przynajmniej wydawało), powstała wiara w zewnętrzne moce uzdrawiające. Początkowo pokładano tę wiarę w przyrodzie, np. w górze lub w grzmotach, później w bogach, a na koniec w Bogu i w diable. To z kolei doprowadziło do nowej interpretacji istoty uzdrawiania. W prymitywnych społecznościach konwulsje i dysocjacja były traktowane jako naturalne elementy procesu uzdrawiania, ale dla kapłana były to sprawki diabła (tak jak to widzi Jezus w Nowym Testamencie). Zakładano, że głosy słyszalne w stanach dysocjacji były głosami demonów, a konwulsje — świadectwem walki demonów broniących się przed wyrzuceniem .

MEDIUM

Następstwem tego było przekonanie, że dysocjacja w przypadku kapłana, czyli — w dzisiejszych kategoriach — jego występowanie w charakterze MEDIUM, jest w najwyższym stopniu niewłaściwe, ponieważ może sugerować konszachty z demonem. Jezus opierał się raczej na sugestii: "weź łoże twoje, a idź do domu twego" (Mt., 9, 6). Zakładał on, że źródłem siły ozdrowieńczej jest Bóg, a chory może skorzystać z niej przez Niego samego (lub przez Jego uczniów): "wiara twoja ciebie uzdrowiła" (Mt., 9, 22). W ten właśnie sposób praktykowano orzez wieki uzdrawianie wiarą w krajach chrześcijańskich. Zakładano, że wiara jest niezbędna do przebłagania Boga, który przywraca zdrowie gorliwym chrześcijanom. Jednak w średniowieczu to przekonanie zaczęło stopniowo słabnąć pod wpływem epidemii Czarnej Śmierci. Trudno było uwierzyć, że Bóg wybiera wiernych do przeżycia, a okoliczność, że ci, którzy nie przeżyją, będą mile widziani w niebie, nie stanowiła wystarczającego pocieszenia. Jednocześnie Kościół instytucjalizował się. Księża zaczęli się uważać przede wszystkim za kaznodziejów, za dawców dobrego przykładu życia, a w coraz mniejszym stopniu za uzdrowicieli. Leczenie miało stać się domeną lekarzy, chirurgów i aptekarzy, następców plemiennych uzdrowicieli "naturalnych" czy składaczy kości. Rola Kościoła została stopniowo ograniczona do dostarczania funduszy oraz "personelu pomocniczego" — pielęgniarek i pielęgniarzy — dla szpitali oraz do niesienia pociechy duchowej. W rezultacie uzdrawianie wiarą stawało się domeną czarowników, astrologów i różnego rodzaju znachorów, z tym że to nie oni wypierali się Kościoła, lecz Kościół ich. Z nastaniem renesansu i związanych z nim materialistycznych poglądów na zdrowie i chorobę zaufanie do uzdrawiania wiarą zaczęło wychodzić z mody całkowicie — poza kręgami łatwowiernej biedoty.

Przekonanie o skuteczności leczenia wiarą

Przekonanie o skuteczności leczenia wiarą zachowało się wśród tych, którzy są przekonani, iż potrafią leczyć przez dotyk. W XVII wieku Valentine Greatrakes zyskał sobie sławę w Irlandii dzięki próbom "wyciągania" chorób z ciała głaskaniem, a wśród ludzi, na których wywarł duże wrażenie, byli między innymi tacy światowcy, jak John Evelyn, pamiętnikarz, oraz Robert Boyle, chemik. Greatrakes przypisywał swe umiejętności wpływowi boskiemu, za co doczekał się reprymendy ze strony sądu kościelnego, którego członkowie zachowali sceptycyzm. Mimo to znalazł wielu naśladowców i niektórzy z jego uczniów doszli do wniosku, że tak jak kawałek żelaza ulega namagnesowaniu, gdy pocierać go magnesem, tak samo moc uzdrawiania nie może być wyłącznie kwestią wiary, lecz wiary wspomaganej przez magnetyzm.
Sto lat po Greatrakesie urodził się w Austrii niejaki Johann Gassner. Był księdzem i w wyniku swoich zmagań z diabłem wypracował zmodyfikowaną postać egzorcyzmu, skuteczną w leczeniu chorób. Skutki wywoływał podobne do tych, jakie towarzyszyły poczynaniom szamanów: konwulsje, dysocjacja, śpiączka. Odkrył również znaczne możliwości panowania nad pacjentami w stanie transu. Stosowali się oni do jego wskazówek, nawet gdy udzielał ich po łacinie, choć znali tylko język niemiecki. Jednak Gassner również naraził się władzom kościelnym, które nakazały mu zaprzestać uzdrawiania.

techniki — "magnetyzowanie" i szamanizm

Owe techniki — "magnetyzowanie" i szamanizm — miały zostać połączone w jedno przez Austriaka Franza MESMERA. Metoda, jaką przyjął Mesmer podczas swej paryskiej praktyki, polegała na tym, że pacjentów wprowadzano całą grupą do pomieszczenia, w którym znajdował się cebrzyk,wypełniony opiłkami żelaza z wetkniętnymi prętami. Pacjenci dotykali prętów ujmowali się za ręce i przy dzwiękach muzyki wpadali w trans, ulegali dysocjacji , wpadali w konswulsję lub śpiączkę,a w efekcie stan ich zdrowia ulegał poprawie. Takprzynajmniej niektórzy z nich oświadczylikomisji wśród których było kilku wibitnych umysłów epoki. W swym sprawozdaniu komisja nie była w stanie zaprzeczyć, że metoda jest skuteczna.Twierdzono jednak, że siła metody leży w umysłach pacjenicm.Innymi słowy było to uzdrawianie wiarą. Mesmer nie zgadzał się z tą opinią. Twierdził, że cały świat wypełnia i spaja coś, co nazwał "eterycznym continuum",którego integralną częścią są również gwiazdy i planety i z którego emanuje -magnetyzm zwierzęcy. Zadaniem jego aparatury jest przakazanie tego fluida ludziom chorym, ponieważ choroba stanowi przejaw czasowej niemożności korzystania z jego zasobów. Gdyby Mesmer mówił o promieniowaniu być w tej chwili zaliczany do illuminarzy nauki, gdyby nazwał swą metodę uzdrawianiem wiarą, zmodyfikował swój aparat i przepisał wyniki Bogu, mógłby kiedyś doczekać się kanonizacji. śtało się jednak tak że rewolucja francuska przerwała jego karierę. Z uwagi na okoliczności, że do jego pacjentów należała Maria Antonina członkowie dworu,uznał za stsowne opuścić Francję i zakończyć żywot w zapomnieniu gdzieś w Szwajcarii.Do dnia dzisiejszego jego nazwisko jest synonimem okultyzmu i znachorstwa. A jednak Mesmer stanowił niezbędne ogniowo pomiędzy uzdrowicielskimi praktykami szamanów i Jezusa oraz róznymi postaciami uzdrawiania wiarą stosowanymi obecnie . Uczniowie kontynuowali jego dzieło zwane już Mesmeryzmem, ale ponieważ zamieszkiwali różne kraje i nie posiadali żadnej centralnej organizacji najczęściej skupiali swoją uwagę na wybranych aspektach jego metody, czasami wręcz cofając się do praktyk wcześniejszych np Phineas Quimb - mesmeryta Amerykański,swe udane próby diagnozowania i leczenia chorób opierał głównie na jasnowidzeniu. Z kolei jego uczennica Mery Backer Eddy, uznała za stosowne pozbawić mesmeryzm zbędnej otoczki i przekształciła go w naukę chrześcijańską proponując najprostrzą postać uzdrawiania wiarą, gdzie nie ma żadnych technik, aparatów ani nawet uzdrawiaczy a siłą uzdrawiająca pojawia się u danej osoby w wyniku nawiązania bezpośredniego kontaktu z bogiem. Pacjent nawet nie musi zastanawiać się nad tym co robi ponieważ wg. niej boski umysł jest wszechobecny a śmiertelny umysł nie bierze udziału w uzdrawianiu. I mimo postępów współczesnej medycyny jakoś nie widać by wyznawcy tego kościoła czuli się upośledzeni z powodu niemożności z przyczym dotkrynalnych korzystania z leków czy innych akcesorów medycznych. Wręcz przeciwnie, porównianie danych statystycznych dotyczących umieralności w stanie Waszyngton wykazało, że żyją średnio oni nieco dłużej niż przeciętni Amerykanie.

Podobnie doktor John Eliothson jeden w założycieli University College Hospital, zaczął stosować mesmeryzm w leczeniu pacjentów, ale wkrótce zainteresował się w szczególności jednym ze skutków takiego leczenia - dysocjacją. Stwierdził on, że w niektórych przypadkach dysocjacja nie była jedynie pomocna w usuwaniu objawów choroby, ale również umożliwiła pacjentowi w stanie transu dostęp do informacji nieosiągalnych w stanie pełnej świadomości, inaczej mówiąc stawali się oni jasnowidzami. Publiczne pokazy tych możliwości organizowane przez niego przyciągały wielu widzów wśród których byli pisarze Dickens i Thackeray. Jednocześnie jednak spotkały się one z krytyką władz szpitala które ich zakazały, ale chociaż prowadził nadal swe badania nad jasnowidzeniem i innymi związki miedzy nimi a pierwotnymi załózeniami stopniowo uległy zatarciu, także gdy pod koniec wieku pojawił się w USA spirytyzm żadnych istotnych związków między nim a uzdrawianiem już nie było. Spirytystyczne media służyły przede wszystkim próbom nawiązania kontaktu z duchami zmarłych. Jednak od czasu do czasu pojawiały się media przekonane o posiadaniu mocy uzdrawiających i ludzie tacy, jak Oral Roberts w Ameryce czy Harry EDWARDS w Anglii, zaczęli organizować seanse uzdrowicielskie, a później zakładać organizacje i kościoły, do których ludzie przychodzili nie w rutynowych celach obrzędowych, lecz — podobnie jak ci, którzy kiedyś gromadzili się wokół Chrystusa — wiedzeni nadzieją odzyskania zdrowia fizycznego i duchowego. Jakkolwiek osoby uprawiające uzdrawianie duchowe (bo tak to wolą nazywać) są w dalszym ciągu często mediami współpracującymi z DUCHAMI KONTROLNYMI, to skupiają się nie tyle na próbach nawiązania kontaktu ze zmarłymi, co na uzdrawianiu żywych, a szybki rozwój tego ruchu, zwłaszcza w Anglii, sugeruje, że zaspokajają zapotrzebowanie, któremu pustoszejące Kościoły ortodoksyjne nie zdołały sprostać. Kościoły ortodoksyjne pozostały na uboczu i zachowały rezerwę. Trzeba przyznać, że Kościół katolicki w dalszym ciągu uznaje możliwość cudownego uzdrowienia poprzez wiarę lub łaskę boską. Niektóre miejsca, zwłaszcza Lourdes, uważane są za ośrodki, które wierni mogą odwiedzać w nadziei na cud. W podobnych celach stosuje się w dalszym ciągu relikwie świętych.

Wiara do celów komercyjnych

Ale od dawna już Watykan patrzy z nieufnością na zjawisko wykorzystywania wiary do celów komercyjnych. Wymaga więc rygorystycznych badań wszelkich sposobów leczenia, uważanych za cudowne. Badania te są tak rygorystyczne, że oceny pozytywne zdarzają się bardzo rzadko. Ogólnie można powiedzieć, że nieco więcej entuzjazmu dla odrodzenia uzdrowicielskiej misji Kościoła wykazuje kler anglikański. Jak dotąd jednak entuzjastów ogranicza nieprzejednana postawa kół lekarskich. W XX wieku uzdrawianie wiarą badały dwie komisje, specjalnie do tego celu powołane, i w obu przypadkach werdykt był negatywny. Mimo szacunku dla kleru i mimo twierdzeń, że ludzie cierpiący na różne choroby "doznają wielkiej ulgi psychicznej i fizycznej w wyniku posług duchowych", obie komisje odrzuciły jakąkolwiek możliwość włączenia uzdrawiania wiarą do głównych metod leczenia chorób organicznych.
Sytuacja jest więc taka, że jakkolwiek Kościół Nauki Chrześcijańskiej cieszy się niesłabnącym powodzeniem, a Kościoły spirytystyczne zyskują co roku nowych zwolenników, uzdrawianie wiarą — przynajmniej w krajach cywilizowanych — jest w dalszym ciągu uważane za osobliwość, za coś odrębnego i przeciwstawnego oficjalnej medycynie. Uzdrowiciele zaś, jeśli w ogóle się ich toleruje, uważani są za jednostki obdarzone jakąś nie wyjaśnioną zdolnością, a na korzystanie z ich usług przymyka się oczy w przypadkach, gdy oficjalna medycyna zawodzi. Czasami poświęca się im trochę miejsca w popularnej prasie, gdzie publikują dane statystyczne i wykresy obrazujące ich osiągnięcia. Towarzyszą temu odredakcyjne wezwania pod adresem przedstawicieli kół medycznych, by zechcieli podnieść oczy znad biurek i zająć się problemem niekonwencjonalnych metod leczenia — chociaż trudno powiedzieć, że owym wezwaniom towarzyszy wiara w odzew. I wygląda na to, że sytuacja niewiele się zmieni — kilku uzdrowicieli zdobędzie ogólnokrajową lub nawet międzynarodową renomę, chciaż większość z nich będzie musiała się zadowolić lokalną sławą posiadaczy tajemnej zdolności leczenia bólów głowy lub odczarowywania kurzajek.

Odczarowywanie kurzajek

Odczarowywanie kurzajek — oto gdzie być może leży przyszłość uzdrawiania wiarą. Gdy w końcu przezwycięży się materializm, który przez tak długi czas dominował w oficjalnej medycynie, być może część zasługi będzie w tym miała szpetna i niepożądana kurzajka. W swej książce Sens i nonsens w psychologu, opublikowanej w 1953 roku, profesor H. J. Eysenck opisał eksperyment naukowy, w którym grupę dzieci z kurzajkami poddano uzdrawianiu wiarą, podczas gdy grupę kontrolną leczono sposobem w owym czasie ogólnie stosowanym. Wynik eksperymentu był zdecydowanie niekorzystny dla metody standardowej. A przecież kurzajki są dolegliwością organiczną, są to guzy wywołane wirusem. Jednak relacjonując eksperyment Eysenck — zatwiardziały behawiorysta — nie użył określenia "uzdrawianie wiarą". Wolał określenie "sugestia". Gdzie kończy się sugestia, a zaczyna uzdrawianie wiarą? A może uzdrawianie wiarą jest niczym więcej niż stosowaniem sugestii? I znowii, pewne wskazówki płyną z historii mesmeryzmu. Aczkolwiek sam Mesmer uciekał się do sugestii, by wprowadzić ludzi w trans. Niemniej wielu z "jego następców stosowało sugestię, zwłaszcza francuski lekarz dr A. A. Liebeault, który praktykował głównie wśród biedoty, a ponieważ wielu pacjentów nie było stać na leki, drobne dolegliwości leczył za pomocą mesmeryzmu. Wprowadzał ich w trans, a następnie metodą sugestii przekonywał, że bóle i inne objawy znikną. Nie zapominał przy tym ordynować środków zapobiegających nawrotom, takich jak zmiana odżywiania.
Było to uzdrawianie wiarą w starym stylu, ale z pewną modyfikacją: sugestię uzupełniała hipnoza (bo tak zaczęto nazywać stan transu). Jednak świat medyczny sprzeciwił się hipnozie, uważając ją za zabieg okultystyczny. Zaprzeczano nawet, że coś takiego jak hipnoza w ogóle istnieje, nie mówiąc już o stosowaniu jej w leczeniu chorych. I nawet gdy w końcu musiano uznać istnienie hipnotyzmu, głównie dzięki doświadczeniom J. M. Charcota (1825—1893), jego możliwości terapeutyczne w dalszym ciągu ignorowano, co robi się i obecnie, mimo dość spektakularnych sukcesów osiągniętych przy użyciu hipnozy i mimo świadectw zebranych przez dr. Stephena Blacka w książce Mind and Body (Ciało i duch), mówiących o tym, że stosowanie sugestii wobec niektórych pacjentów, pozostających w stanie hipnotycznym, może wywołać uderzające zmiany w zachowaniu ich ciała. Inaczej mówiąc, uzdrawianie wiarą może wywołać cały szereg zmian organicznych.

Okazuje się jednak, że stosowanie hipnozy wcale nie jest konieczne.

Okazuje się jednak, że stosowanie hipnozy wcale nie jest konieczne. W swych badaniach Emile Coue ( 1857- 1926 ) Doszedł do wniosku, że korzystna dla zrowia jest nie tyle sugestia z zewnątrz co autosugestia. Inaczej mówiąc, moc uzdowicielska leży w wyobraźni pacjenta a hipnoza jest jedynie środkiem wspomagającym jej pobudzeniem. Od czasu Coue ta za to doczekała się wielokrotnego potwierdzenia w wyniku licznych eksperymentów z użyciem placebo podoawanego cierpiącym na różne dolegliwości od choroby morskiej do dusznicy bolesnej. Wyniki takich doświadczeń wykazują wartą uwagi zgodność. Od1/3 do połowy pacjentów reaguje na placebo, topseudolekarstwo usuwa bół, nudności czy inną dolegliwość tka samo skutecznie jak większość leków. Mamy tu więc proste wytłumaczenie uzdrawiania wiarą. Kłopot w tym jednak, że jest to wytłumaczenie zbyt proste. Przede wszystkim nie wyjaśnia ono takich zjawisk jak jasnowidzenie i prekognicja, które pojawiają się stale w literaturze przedmiotu. Do całkiem niedawna nie można ich było traktować jako składników leczenia bez wystawiania się na pośmiewisko. Klimat ten zmienia się wszakże również w obrębie świata medycznego i można założyć, że w końcu zostaną zaakceptowane a może nawet uznane tak jak to się stało z hipnozą. Kiedy to nastąpi wiele niezwykłych osiągnięć uzdraiwaczy przeszłości utraci swoją tajemniczość. Istnieje jeszcze jedno jak dotąd niewyjaśnione zjawisko wiązane z uzdrawianiem. Leczący czy uzdrawiajaćy prąd - magnetyzm zwierzęcy mesmera. Świadectwa mówiące, że taka siła witalna istnieje pojawia się od dawna w różnych miejscach np Max Freedom Long opisuje w swojej książce The secred science behind mirasless stosowanie takiego uzdrawiającego pradu przed Kahunów na Hawajach. są oni przekonani, że jest to jakiś prąd naturalny związany z żywiołami o bardzo wysokim napięciu zdolne leczyć zaburzenia zarówno organicze jak i psychiczne. Pogląd, że tej siły może użyć uzdrawiacz i za jej pomocą wypędzić chorobę z ciała pacjentów jest bardzo rozpowszechnione. Niektorych uzdrawiaczy niepokoi możliwość przejęcia dolegliwości pacjenta na siebie i cierpią katusze jeśli nie uda im się jej pozbyć. Uzdrowiciele często również stwierdzają, że podczas zabiegu podnosi się teparatura ich dłoni tka jak podnosi się temeratura drutu przez który przepływa prąd elektryczny. Podobnie pacjenci mogą czuć ciepło lub mrowienie w miejscach dotykanych przez uzdrowiciela. Trudność zawsze polega na tym, że nie można było tychobjawów zademontrować w sposób zadowalający i przekonaćniedowiarków o ich istnieniu. Doznania takie, podobnie jak wszelkie inne zjawiska pozazmysłowe nie poddają się testowaniu w kontrolnych warunkach co w naturalny sposób daje sceptykom możliwość traktowania tego jako oszustwa. W tych rzadkich przypadkach, kiedy testy przeprowadzono z wynikiem korzystnym dla uzdowiciela były one ignorowane. Takiej próbie poddano aparat radiestezyjny doktora W.E. Boyda w 1924 r. Próbę przeprowadziła komisja Brytujskiego Towarzystwa Lekarskiego pod przewodnictwem Sir Thomasa Hordera. Radiestwzja jest formą różdżkarstwa. Tak jak różdżkarz poszukuje wody używając w tym celu różdżki czy wahadełka, tak radiesteta — używając takich samych lub bardziej wyrafinowanych przyrządów — stawia diagnozę i ustala przebieg leczenia. We wspomnianej próbie kazano Boydowi użyć swej maszyny, by rozpoznać różne substancje, których nie miał możliwości zobaczyć, poczuć czy posmakować, przy czym dobrano bardzo wyszukane środki uniemożliwiające oszustwo. Wszystkie jego odpowiedzi były prawidłowe, a statystyczne prawdopodobieństwo trafienia przez przypadek wynosiło mniej więcej 1 do 30 milionów. Wprawiło to komisję w wyjątkowe zakłopotanie i zalecono dalsze badania, których jednak nie podjęto.

W późniejszym okresie powstał projekt przeprowadzenia prób z UZDRAWIANIEM NA ODLEGŁOŚĆ, gdzie pojedynczy uzdrowiciele albo grupy modlą się za chorych. Eksperyment polegał na tym, że chorych z jednego oddziału szpitalnego podzielono na dwie grupy. Uzdrowiciele mieli modlić się w intencji jednej z nich, a druga stanowiła grupę kontrolną. Gdyby test nie powiódł się, przypisano by to niezdolności modlących się do przywołania siły witalnej w warunkach eksperymentalnych. Gdyby jednak test zakończył się powodzeniem, stanowiłoby to przekonujący dowód oddziaływania uzdrawiającego na odległość. Zakładano oczywiście, że podjęto odpowiednie działania, by nikt nie wiedział (to znaczy ani pacjenci, ani ich lekarze czy pielęgniarki), kto należy do danej grupy. Test nie został jednak przeprowadzony, ponieważ władze szpitala uznały, że gdyby eksperyment powiódł się, znaczyłoby to, że ci, którzy zareagowali pozytywnie na modły, byliby leczeni przez ludzi niewykwalifikowanych — a to urągałoby przepisom naczelnych władz lekarskich i każdy z lekarzy, biorących udział w przedsięwzięciu, byłby narażony na utratę prawa wykonywania zawodu.

W niektórych przypadkach powinno być możliwe wykazanie istnienia i skuteczności uzdrawiania wiarą poprzez uzyskiwane wyniki. Wiele takich prób podjęto, przede wszystkim w odniesieniu do osób, u których rozpoznano raka, poświadczonego wynikami biopsji. Bywało, że po wizycie u uzdrowiciela wszelkie ślady raka znikały. Odnotowano kilka takich dobrze udokumentowanych przypadków. Gdy zostały one przedstawione przedstawicielom kół medycznych, twierdzili oni, że wycinki do biopsji musiały być pomyłkowo wzięte od kogoś innego lub że przy pobieraniu wycinków szczęśliwie usunięto całego raka. Jeszcze inne wyjaśnienie mówi o regresji samoistnej, nie związanej z działaniem uzdrowiciela. Jednakże w dalszym ciągu prowadzone są — zwłaszcza w USA — badania nad wpływem uzdrawiania na czynności enzymów czy na metabolizm (nawet u myszy), a uzyskane wyniki są tak jednoznaczne, że nie można w nieskończoność odsuwać ich uznania. A gdy już samo zjawisko zostanie uznane za realne, wiele rzeczy, uważanych dotychczas za nie wyjaśnialnc, straci urok tajemnicy. Przykładem mogą być CZARY, równie często kojarzone z uzdrawianiem, jak i ze szkodzeniem. W odniesieniu do spraw bardziej codziennych i zwykłych może również okazać się, że część tego, co uważano za udane leczenie fizyczne, zawierało element uzdrawiania wiarą. Ilustruje to życie i praca ludzi takich jak Herbert Barker, chirurg bez jakichkolwiek kwalifikacji medycznych, który jednak leczył z takim powodzeniem, że zyskał dzięki temu wielką sławę, fortunę, a nawet tytuł szlachecki. Był on w stanie demonstrować swoje umiejętności, ale nie potrafił ich zdefiniować ani nawet opisać — podobnie jak niejeden artysta. Pojawił się też ostatnio w Londynie lekarz, którego osiągnięcia — mierzone liczbą usatysfakcjonowanych pacjentów — znacznie przewyższały osiągnięcia jego kolegów, używających tych samych metod i specyfików. Najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jego sukcesów jest posiadanie zdolności uzdrowicielskich.
Jedną z niekonwencjonalnych praktyk, które zdobyły popularność ostatnimi czasy, jest akupunktura, którą można uznać za kuzynkę — w pierwszej linii — uzdrawiania. Przez długi czas Zachód traktował akupunkturę lekceważąco jako rodzaj uzdrawiania wiarą, co — do pewnego przynajmniej stopnia — byłoby do przyjęcia przez jej wyznawców. Z całą pewnością podzielają oni wiarę Mesmera w siłę witalną wypełniającą ludzkie ciało i utrzymującą je w dobrym zdrowiu. Twierdzą, że choroby pojawiają się wtedy, gdy przepływ tej siły witalnej ulega zaburzeniu. Można go jednak przywrócić do normy poprzez wprowadzenie igieł w określone miejsce ciała.

Na początku lat siedemdziesiątych XX w. James Reston, znany obieżyświat i korespondent gazety "New York Times", przebywając w Chinach zachorował i został wyleczony akupunkturą. Jego relacja, opublikowana w gazecie, doprowadziła do zaproszenia do Chin grupy czołowych amerykańskich lekarzy, a celem wizyty było zapoznanie się z tą metodą leczenia. Akupunktura zrobiła na gościach wielkie wrażenie, zwłaszcza jako środek znieczulający.

Oglądali skomplikowane i bolesne operacje przeprowadzane na pacjentach, którzy przez cały czas zabiegu zachowywali przytomność i trzeźwość umysłu, a nie odczuwali bólu. A ponieważ "południki", którymi — według akupunkturzystów — przepływa siła witalna, nie pokrywają się z żadnymi kanałami znanymi fizjologii, nasuwa się intrygująca hipoteza, że owa siła witalna czy fluid jest tą samą siłą, jaka popłynęła od Jezusa do kobiety, która dotknęła rąbka jego szaty, tą samą siłą, którą wykorzystują Kahunowie i inni czarownicy-znachorzy w setkach prymitywnych
społeczności na całym siłą wykorzystywaną od różdżkarzy i radiestetów, i uzdrawiaczy.

Tomasz Raczyk
O Tomasz Raczyk 255 artykułów
Nazywam się Tomasz Raczyk. Od lat moim zamiłowaniem jest medycyna alternatywna i filmowanie ptaków w przyrodzie. Ukończyłem studia medyczne z wynikiem bardzo dobrym. Obecnie piszę praca doktorską. W wolnych chwilach montuje filmy o przyrodzie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*